Kanały:
Wpisy
Komentarze

Rany boskie, już piątek! Strasznie szybko zleciał ten tydzień, gdybym był członkiem załogi USS Enterprise to natychmiast poleciałbym do kapitana Picarda zgłosić wystąpienie nieciągłości czasoprzestrzennej, ale w obecnej sytuacji muszę przyjąć, że po prostu nie uważałem na upływ czasu. Niemniej jednak już jutro będzie sobota, co trochę mnie przeraża, ponieważ zupełnie nie wiem co będę robił. Jeżeli będzie odpowiednia pogoda, to pojadę sobie na rower, ale to mi wypełni tylko część wolnego czasu, poza tym wszystkie znaki na niebie wskazują na to że pogoda będzie nieodpowiednia, więc pewnie nic nie wyjdzie z przejażdżki po dzikich ostępach Lasu Wiączyńskiego lub innego kompleksu leśno-łąkowego.

Mógłbym zacząć budować model okrętu, do czego co jakiś czas zachęca mnie moja żona (jak sądzę, podyktowane jest to nie tyle troską o mój rozwój intelektualno-manualny, ile chęcią posiadania ładnego modelu okrętu który mogłaby wykorzystać do celów dekoracyjnych), jednak szkopuł w tym, że ewidentnie brakuje mi cierpliwości do takich budów. Dowodem na to może być fakt, że już dwukrotnie rozpoczynałem budowę modelu okrętu, a jeśli wliczyć statki kosmiczne, to nawet pięciokrotnie, ale tylko w jedym przypadku wyszedłem poza stadium poszycia kadłuba,  nigdy natomiast nie miałem na tyle cierpliwości żeby konstruować szczegóły typu działka, silniczki korekcyjne, podwozie, śluzy czy w przypadku okrętów morskich działa, barierki, szalupy i inne duperele które zwykle na okrętach się znajduja i przysparzają modelarzom bólu głowy od wpatrywania się w mikroskopijne części.

Aha, raz zacząłem budować ciężarówkę ale zrobiłem tylko ramę i poległem na elementach zawieszenia, więc to prawie się nie liczy.

Mógłbym pisać bloga, ale robię to dzisiaj, więc odpada. Na pewno pogram sobie trochę w nowy Total War, ale co będzie, jeżeli mi się szybko znudzi? Poradziłem sobie z błędem w Race 07 więc zrobię też pewnie kilka okrążeń na dowolnie wybranym torze, ale z umiarem, gdyż nie przystoi mężczyźnie w moim wieku bawić się grami komputerowymi, a przynajmiej nie w takiej skali jak 10 lat temu. Chociaż może powinienem wykorzystać ostatnie kilka dni, bo może się zdarzyć, że w następny weekend nawet nie będę miał możliwości włączenia komputera, jako że termin pojawienia się nowej obywatelki zbliża się nieubłaganie.

No właśnie, przypomniało mi się, muszę jeszcze posprzątać samochód, bo są w nim jeszcze zarówno ślady przewożenia choinki, jak i pozostałości po transporcie królika (nie, nie są to jego odchody, po prostu trociny które wypadły z klatki), a także kilka jesiennych liści i prawdopodobnie piasek znad morza. Tak więc szczęśliwie dochodzę do wniosku, że tym razem nie umrę z sobotniego spleenu, i jeżeli nie napiszę nic jutro, to znaczy że jestem wprost piekielnie zajęty.

No dobra, jest niedziela, godzina 21:28, za wcześnie żeby iść spać i za późno żeby brać się za coś konkretnego. Mnisi buddyjscy mają zapewne specjalne określenie na tę porę dnia i tygodnia, jako że są znani z tego że posiadają specjalne określenia na różne rzeczy, z których istnienia człowiek Zachodu zwykle nie zdaje sobie sprawy do momentu, gdy ktoś, zazwyczaj mnich buddyjski, uświadomi go i odkryje przed nim ich istnienie. Ta konkretna pora dnia i tygodnia jest idealnym momentem na robienie rzeczy, które nie trwają zbyt długo, nie są zbyt absorbujące i nie wiążą się ze spożywaniem dużych ilości alkoholu, a ponieważ pisanie tekstu na blogu spełnia powyższe zastrzeżenia, właśnie tym postanowiłem się zająć.

Odpowiadając na pytania: nie, nie może być weselszy, według mnie jest wystarczająco wesoły, a jeżeli komuś to nie pasuje, to może sobie napisać własny, przy którym wszyscy się ubawimy po pachy. Wykonanie pozostałych postulatów zostaje natomiast odroczone do momentu, w którym zupełnie, ale to zupełnie nie będę wiedział, co napisać. Zwłaszcza to o wojnie husyckiej. Przyznaję że zadanie jest trudne, tym bardziej że ciężko będzie je wykonać nie popadając w styl Sapkowskiego, lecz nie niewykonalne, o ile znajdzie się odpowiednie podejście do tematu. Tekst ten więc pojawi się w najmniej oczekiwanym momencie i to jest wszystko co mogę powiedzieć w tym temacie.

W sumie to jest też moment, w którym, może nie tyle nie wiem co napisać, ile nie jestem pewien, o czym napisać, żeby to było ciekawe. W pierwszej chwili chciałem napisać o Manhattanie, tym w Nowym Jorku, który obchodzi dziś ważną rocznicę. Mianowicie 24 maja 1626 roku Manhattan został zakupiony przez Holendrów od jakiegoś indiańskiego plemienia za 60 guldenów, co stanowi równowartość tysiąca dolarów w dzisiejszych cenach, a żeby było śmieszniej, Indianie którzy go sprzedali nie byli wcale właścicielami tej ziemi, albowiem mieszkało tam inne plemię, które nie miało pojęcia że ich grunty właśnie zmieniły właściciela. Jednak ta ciekawostka wydała mi się niezbyt godna wzmianki na moim blogu, zwłaszcza że możemy się domyślać, co stało się z pechowymi czerwonoskórymi po tym, jak nowi właściciele postanowili zamienić Manhattan w nowoczesną dzielnicę drapaczy chmur.

Być może bardziej interesująca będzie wiadomość, że w dniu dzisiejszym zrobiliśmy sobie z szanowną Małżonką wycieczkę do tak zwanego Arboretum w Rogowie. Wycieczka była bardzo miła i pouczająca, a osobiście wyniosłem stamtąd informację która, jak przypuszczam, zainteresuje może 2% czytelników, a mianowicie że roślina zwana magnolią zapylana jest nie przez motyle czy pszczoły, ale przez chrząszcze, a to dlatego, że pochodzi ona z ery,  w której nie było jeszcze motyli ani pszczół. Można by się oczywiście zastanawiać, dlaczego pszczoły, kiedy już wyewoluowały, nie zaczęły zapylać również magnolii, ale jestem pewien że jest na to jakieś naukowe wytłumaczenie, np. takie że pyłek magnolii smakuje tylko chrząszczom, a dla pszczół jest odpowiednikiem pomidora, który zbyt długo leżał za lodówką i wykształcił w sobie zaczątki samoświadomości.

Aha, była jeszcze daglezja, jest to drzewo bardzo popularne w Ameryce Północnej (zapewne kiedyś nawet Manhattan był nimi porośnięty), zaś prawie nieznane w Europie, a szkoda, bo ma ono dobrej jakości drewno, z którego Amerykanie robią sobie szafy, stoły, łóżka, podłogi, schody,  łodzie, skrzynki na amunicję i inne przedmioty codziennegu użytku. Trwają prace nad wprowadzeniem daglezji do szkółek leśnych, jednak z uwagi na to że trzeba czekać około 50 lat na wyniki upraw doświadczalnych, cały proces jest dosyć rozciągnięty w czasie. Miejmy jednak nadzieję, że nasze wnuki będą mogły chodzić po daglezjowych podłogach i trzymać ubrania w daglezjowych szafach, o ile jeszcze wtedy będzie się cokolwiek robiło z drewna.

W ten to sposób dotrwaliśmy do godziny 22:16, i w tym momencie pozwolę sobie zakończyć, albowiem przede mną kolejny ciężki tydzień pracy. Nie smućcie się jednak, postaram się coś napisać za dzień lub dwa, nawet jeżeli musiałbym poświęcić czas, który mógłbym przeznaczyć na picie piwa albo oglądanie filmików na Redtube. Mam nadzieję że ktoś to docenia.

O kalafiorze

Jeśli macie w domu kalafiora, i nie wiecie co z nim zrobić – na przykład  dostaliście go w prezencie na rocznicę ślubu, albo złośliwy dzieciak wrzucił go wam do koszyka w supermarkecie, czego nie zauważyliście – to możecie zrobić to co ja dzisiaj. Metoda dobra jest także dla osób, które są z kalafiorem dość dobrze zaznajomione, lecz chciałyby przyrządzić go w inny sposób niż standardowe gotowanie. Kalafiora można mianowicie upiec, a czyni się to bardzo prosto. Potrzebujemy tylko piecyka, blachy albo naczynia żaroodpornego, oliwy z oliwek, ostrego noża, deski i oczywiście kalafiora. Jeżeli mamy piecyk, który wymaga rozgrzania, to przed rozpoczęciem innych czynności uruchamiamy go, żeby się rozgrzał, najlepiej do temperatury 300-350 stopni, chyba że nie mamy regulacji temperatury, to wtedy rozgrzewamy tak, aby w środku było tak gorąco, żeby włożenie ręki na dłużej niż 10 sekund wywoływało wrzask bólu, oczywiście nie używamy do mierzenia temperatury własnej ręki (bo będzie nam potrzebna do krojenia kalafiora) tylko ręki żony, dziewczyny lub partnera w przypadku związków jednopłciowych. Kalafiora należy obedrzeć z liści, umyć i pokroić na plasterki, kładąc go na desce głąbem w dół.  Przy pewnej dozie szczęścia kalafior nie rozpieprzy się dokumentnie, ale nawet jeśli to się stanie, to nic nie szkodzi. W każdym razie powinniśmy uzyskać ze 3-4 spójne plastry ze środka i parę większych kawałków, jeśli to nam się uda, to jest już dobrze. Skrapiamy oliwą naczynie lub blachę, przy czym polecam blachę, bo łatwiej będzie odwracać plasterki. Pokrojonego kalafiora układamy na blasze, i spryskujemy oliwą, najlepiej za pomocą specjalnego spryskiwacza, ale jak ktoś jest sprytny, to bez niego też sobie poradzi. Ja sobie na przykład poradziłem. Wkładamy blachę do piekarnika i mamy teraz 15-20 minut czasu wolnego, możemy posprzątać resztki kalafiora z blatu i podłogi kuchni, wytrzeć rozlaną oliwę itd. Czas i sposób pieczenia zależy od rodzaju piekarnika, jeżeli jest on wyposażony w dwie grzałki (górną i dolną) to najpewniej kalafior będzie gotowy szybciej i nie będzie go trzeba odwracać, jeżeli mamy piecyk tylko z jedną grzałką to będzie trzeba. Kalafior będzie gotowy gdy się przyrumieni, wtedy wyciągamy go z piekarnika i podajemy jako warzywo do obiadu, zresztą wszystko jedno w jakim charakterze go podacie, powinien być dobry, o ile nie spieprzyliście czegoś kompletnie, choć w przypadku tej potrawy jest to trudne. Można posolić.

Jest takie coś w WordPress, nie wiem jak to się nazywa, widget, gadget, pokemon czy jakoś inaczej, w każdym razie pokazuje, czy wyszukiwarki pokazały mojego bloga w odpowiedzi na jakieś zapytanie. Okazuje się, że mój blog został pokazany w odpowiedzi na zapytanie “jak określić północ w lesie”, mimo że do tej pory nie pisałem nic na ten temat. Najwidoczniej jakiś robot indeksujący strony WWW zupełnie nie zrozumiał przesłania zawartego w moim blogu i stwierdził, że po przeczytaniu wszystkiego co tutaj jest napisane czytelnik dowie się, jak określać północ w lesie.

Oczywiście jest to nieprawda, a co więcej, nie zamierzam nawet kiwnąć palcem żeby zmienić tę sytuację, albowiem jeżeli ktoś jest tak mało pomysłowy, że znajdując się w lesie i mając dostęp do internetu nie widzi innego sposobu wyjścia z lasu, jak tylko zapytać wyszukiwarki, jak się określa północ, to lepiej żeby już w tym lesie pozostał i podniósł nieco średnią kreatywności rodzaju ludzkiego. Jest to brutalne, ale niestety życie nie jest placem zabaw; dawniej osobniki bez wyobraźni bywały zżerane przez tygrysy szablozębne, natomiast w czasach obecnych te pożyteczne zwierzęta zostały zastąpione przez przydrożne drzewa, niestabilne rusztowania i piły łańcuchowe o dużym momencie obrotowym.

Prawdą jest że nie mam bladego pojęcia jak się określa północ w lesie, oczywiście jeżeli się nie ma przy sobie odbiornika GPS oraz jakiegoś ekranu do wizualizacji danych z tegoż odbiornika, bo w takim przypadku jest to dość banalna sprawa. Przeczytałem jednakże, że system GPS cierpi z powodu cięć budżetowych w rozmaitych amerykańskich agencjach rządowych, i że może dojść do awarii tegoż systemu, co może nawet uczynić go bezużytecznym. Aż trudno sobie wyobrazić skalę katastrofy, do jakiej może dojść, jeżeli nagle rzesze kurierów i przedstawicieli handlowych zostaną pozbawione podstawowego narzędzia pracy.

Dlatego też wydaje mi się, że większą korzyścią dla społeczeństwa byłoby, gdybym napisał artykuł zatytułowany np. “Jak określić północ na autostradzie” albo “Jak wyjechać z dużego miasta w kierunku innego dużego miasta i to takiego, w którym mamy jakieś sprawy do załatwienia”. Pomocna może okazać się też teoria chaosu. Niniejszym zastrzegam sobie prawo do patentu na metodę logistyczną, która polega na tym, że kurierzy krążą losowo po całym kraju przekazując sobie wzajemnie przesyłki przy każdym spotkaniu, tak długo aż nie trafi ona do kuriera, który jest w stanie trafić do adresata. Chociaż sądząc po dokonaniach niektórych firm kurierskich, już dawno wdrożyły one u siebie tę technologię.

W każdym razie, gdybyście się kiedyś znaleźli w lesie i nie wiedzieli dokąd iść, idźcie na wschód. Tam musi być jakaś cywilizacja.

Jestem sobie molekuła
Beznamiętna i nieczuła
Moją matką asteroida
A mój tata był niedojda

Przez gromady mknąć potrafię
Widać mnie na astrografie
Tutaj foton, tam aurora
A tu ja – prawda żem spora?

Ale tęskni moje serce
Aby wielką mieć inercję
Wtedy zderzę się z gnomonem
I wybuchnę. Z megatonę…

To tak tytułem ćwiczenia, jako że czasy gdy potrafiłem w jeden wieczór napisać prawda że byle jaki, ale jednak sonet, przeminęły, i dziś jestem zdolny jedynie do pisania instrukcji, regulaminów i od czasu do czasu kawałka kodu w jednym z tych nowomodnych języków programowania. Nawet porządnego wpisu na blogu nie udaje mi się zrobić od dłuższego czasu, może to dlatego że dawno nie jadłem pizzy, a może dlatego że dni mijają jak mrówki wędrujące po lesie w poszukiwaniu zdechłego turkucia podjadka i równie jak one są monotonne i pozbawione polotu. Taki lajf…

Nawet w dziedzinie rozrywki niewiele mam do zaoferowania. Zastanawialiście się może kiedyś czy zdarzyło się kiedyś, że tak zwany safety car używany w czasie wyścigów samochodowych, brał udział w jakiejś kolizji? Otóż okazuje się że nawet safety car nie zawsze jest bezpieczny, jak to widać na załączonym filmiku:

Nic więcej na dzisiaj nie przygotowałem.

W oczekiwaniu na ryż

Siedzę w tej chwili na starym, zaniedbanym polowym lotnisku gdzieś w środku pustyni Gobi i wypatruję umówionego samolotu transportowego, na którego pokładzie znajdują się worki z ryżem przeznaczone dla mnie i dla mojego oddziału pakistańskich najemników. Jeżeli ryż nie dotrze, jeżeli zerwie się burza piaskowa i samolot będzie musiał zawrócić, jeżeli pilot nie odnajdzie tego zapomnianego lądowiska, które od otaczającej go pustyni różni się tylko brakiem wszechobecnych kamieni – nasze życie będzie w rękach Allacha. Już teraz brodaci Arabowie popatrują na mnie wrogo i zaciskają dłonie na rękojeściach zdobionych kindżałów; na szczęście starczyło jeszcze ryżu na drugie śniadanie i na obiad, ale jestem pewien, że jeżeli nie dostaną podwieczorku, ich cierpliwość zostanie wyczerpana.

Najgorsze jednak jest, że nie jestem pewien, czy zamówiłem dobry ryż. Mam nadzieję że będzie to parboiled, który wystarczy wrzucić na osiem minut do wody i jest gotowy, a nie na przykład naturalny, któremu potrzeba aż pół godziny na ugotowanie się. Pół godziny to akurat tyle czasu, ile potrzeba bandzie wściekłych Arabów na pokrojenie mnie na kawałki, oczywiście nie w celu omaszczenia ryżu, jako że są to ludzie cywilizowani, ale po prostu aby ukarać mnie za brak zapobiegliwości.

W bezgłośny poszum pustyni, na samej granicy słyszalności, wdziera się nowy dźwięk. Czyżby? Tak! To warkot silników samolotu! Jesteśmy uratowani, przede wszystkim ja, ale także moi nomadowie. Oni też się cieszą, choć nie widać tego na ich chmurnych, ogorzałych od pustynnego wiatru obliczach. Wskazują jednak lufami karabinów w niebo i mlaskają z lubością. Samolot wykonuje krąg i przyziemia, wzbijając tumany pyłu, zawraca na końcu pasa i zatrzymuje się. Otwieramy drzwi ładowni. Jest ryż!

* * *

Oczywiście przedstawione powyżej wydarzenia są całkowitą fikcją literacką, a jedyny związek z rzeczywistością jest taki, że faktycznie czekam na ugotowanie się ryżu. Jest to wyjątkowo nudna czynność, porównywalna jedynie ze spędzaniem letnich wakacji w Zakopanem, ale postanowiłem o tym napisać w interesujący i nietuzinkowy sposób. Wypełniłem sobie tą drogą czas spędzony na oczekiwaniu, który w przeciwnym wypadku spędziłbym znacznie mniej produktywnie, na przykład wyglądając tępo przez okno albo beznamiętnie leżąc na sofie.

Miałem jeszcze dziś o czymś napisać, ale niefortunnie zapomniałem, co to miało być. Nie tracę jednak nadziei że sobie przypomnę, więc jest szansa że w najbliższej pięciolatce powstanie kolejny wpis.

Te słowa wypowiada Uhura do Spocka w najnowszym Star Treku i jak na razie jest to mój kandydat na Najbardziej Romantyczny Tekst Roku w Produkcji Science-Fiction. Naturalnie scena nie jest tak dobra jak ta z Aliens, w której porucznik Hicks pokazuje Ellen Ripley jak się strzela z karabinu M41A, ale też nie wymagajmy zbyt wiele od filmu przeznaczonego dla nastolatków w każdym wieku.

Ponieważ nie jestem już nastolatkiem, dłuższą chwilę zajęło mi rozgryzienie i poukładanie sobie na wyimaginowanej linii czasu zdarzeń przedstawionych w tym filmie. Jeżeli chodzi o podróże w czasie, jedynie doktor Emmet Brown potrafi wytłumaczyć możliwe paradoksy i konsekwencje związków przyczynowo-skutkowych, dlatego też niech nikt ode mnie nie wymaga wyjaśniania, dlaczego w poprzednich filmach planeta Vulcan istniała sobie jak gdyby nigdy nic, a w tym, który podobno dzieje się przed wszystkimi innymi filmami, zostaje ona pochłonięta przez czarną dziurę, co w naturalny sposób przekreśla możliwość jej dalszego istnienia. Być może w grę wchodzi rzeczywistość alternatywna, a może znany z seriali Mirror Universe, różniący się od naszego tym, że wszyscy mieli tam brody i łatwo wpadali we wściekłość.

Nie potrafię również wyjaśnić tego, po co była Spockowi z przyszłości w jego statku tak wielka kula czerwonej materii, skoro do wygenerowania czarnej dziury wystarczy jedna kropla, ani dlaczego tenże statek wydaje odgłosy porównywalne z jodłującym bawarskim 60-latkiem, ani jak to się stało, że na wielkiej, pustej lodowej planecie, całkowitym zbiegiem okoliczności spotkały się trzy kluczowe dla fabuły postacie. Jednak takie rzeczy zdarzają się w każdym Star Treku, należy zatem przyjąć że tamtejszy rozkład prawdopodobieństwa jest diametralnie inny od naszego i nie zastanawiać się dłużej. Jeżeli zatem przyjmiemy, że statek kosmiczny może bezkarnie wlecieć do czarnej dziury i wydostać się z niej odbywając jednocześnie podróż w czasie, to wszystkie inne ułomności fabuły doprawdy nie będą miały żadnego znaczenia.

Ojczystym akcentem w tym filmie jest polska aktorka Kasia Kowalczyk, która załapała się na rólkę wielkookiej pielęgniarki w scenie ewakuacji mamy Kirka z eksplodującego USS Kelvin. Być może nie jest to powód do świętowania, ale biorąc pod uwagę że (jak podaje IMDB) dotychczas  obsadzano ją w takich rolach jak Yeti, Duch Niani i Bezgłowa Kobieta, jest to zapewne jakiś postęp w jej karierze aktorskiej.

Więc sami rozumiecie. Jeżeli kiedykolwiek dostaniecie się do Akademii Floty Gwiezdnej, to bądźcie przygotowani na to, że w każdej chwili możecie zostać zaangażowani w jakąś akcję i będziecie zrzuceni z orbity na spadochronach w celu unieszkodliwienia jakiejś niszczycielskiej platformy. To mniej więcej tak jakby student 3 roku medycyny miał przeprowadzać przeszczep serca. Też zapewne miałby 4,3% szans powodzenia.

O północy

Osobniki bystre z pewnością zdały już sobie sprawę z dwuznaczności tytułu niniejszego wpisu i teraz zadają sobie pytanie, czy tematem wpisu będzie jakkolwiek rozumiana północ, czy też tytuł ma za zadanie wyrazić fakt, iż wpis jest tworzony w środku nocy. Otóż ani jedno, ani drugie. Owszem, miałem zamiar tworzyć niniejszy wpis o północy, jednak po krótkim zastanowieniu stwierdziłem, że znacznie korzystniejsze będzie dla mojego organizmu, a także dla najbliższego otoczenia, jeżeli utworzę wpis wcześniej, a o północy będę już spał jak dziecko.

Prawdę mówiąc, bardzo możliwe że w innych okolicznościach już w tym momencie pogrążony byłbym w objęciach Morfeusza, lub też nastąpiłoby to w najbliższej przyszłości, sytuacja jednak złożyła się inaczej i skoro dopiero przed dziesięcioma minutami wróciłem do domu, a łazienka została natychmiast zajęta przez moją małżonkę, nie pozostało mi nic innego jak zabrać się za wytwórstwo słowne.

Wszystko przez moją zbytnią uległość, zgodziłem się bowiem zabrać moją szanowną małżonkę na tak zwaną noc zakupową w Galerii Łódzkiej, choć byłem świadom rozmaitych czekających tam niedogodności, takich jak tłumy spoconych nastolatków, brak miejsca do zaparkowania, kolejki przy kasach itp. Szczęście od Boga że udało się zaparkować w miarę gładko, dalej jednak było dokładnie tak jak przewidziałem i nie miałem szans, żeby kupić sobie nawet czarny t-shirt z długimi rękawami, którego potrzebę posiadania poczułem dziś przed południem. W dodatku podczas jazdy schodami ruchomymi sznurówka mojego lewego buta dostała się w szparę mechanizmu i byłem prawie pewien, że za moment zostanę wciągnięty do pięciomilimetrowej szczeliny, co z pewnością przyczyniłoby się do wzbudzenia poczucia niesmaku wśród otaczających mnie osób i w ogóle byłoby nie na miejscu. Zdecydowanym szarpnięciem udało mi się na szczęście uwolnić od niebezpieczeństwa, i nawet sznurówka nie bardzo ucierpiała, z czego bardzo się ucieszyłem, były to bowiem całkiem nowe buty i bez sznurówki nigdy już nie byłyby takie same.

Wyprawa obroniła się więc tylko dzięki nowej książce Clarksona, która zresztą została pozyskana jako darmowa na skutek promocji w Empiku. Przepraszam, ale nie mogę dalej pisać bo słyszę jakieś dziwne dźwięki dochodzące z szafy, jestem prawie pewien że to mój telefon komórkowy, który ostatnio sam sobie zmienia dzwonki i sygnały wiadomości, ale oczywiście mogą być to Stwory z Piekielnych Wymiarów, więc zawsze lepiej się upewnić.

Firma Mercedes wyprodukowała nowy model klasy E, który poza standardowymi urządzeniami elektronicznymi, wspomagającymi kierowcę w trudnej sztuce prowadzenia samochodu marki Mercedes, posiada tak zwaną nowość, a mianowicie system zapobiegający wypadkom spowodowanym zmęczeniem kierowcy. System składa się z czujników mierzących rozmaite parametry jazdy i zachowania kierowcy, komputera, który wskazania czujników interpretuje i decyduje, czy kierowca jest już zmęczony i znudzony jazdą samochodem marki Mercedes, oraz lampki w kształcie filiżanki kawy, która nienachalnie sugeruje, że kierowca powinien zrobić sobie przerwę.

Osobiście nie chciałbym mieć takiego samochodu, który myśli za mnie i decyduje co powinienem, a czego nie powinienem robić, i w najmniej spodziewanych momentach straszy mnie niespodziewanym “gongiem” albo innym piskiem informującym np. ze skończył się płyn w spryskiwaczu. Fakt zużycia płynu łatwo bowiem poznać po tym, że po naciśnięciu odpowiedniej wajchy nic nie leci z odpowiednich otworków, i doprawdy niepotrzebne są dodatkowe żałosne popiskiwania samochodu, szczególnie w momencie wykonywania jakiegoś trudnego manewru, ponieważ trudno jest się w pół sekundy zorientować, czy pisk oznacza brak płynu, czy może to, że zerwał się pasek rozrządu i za chwilę eksploduje mi silnik.

Widocznie jednak inżynierowie z firmy Mercedes uznali, że kierowcy ich samochodów oczekują, żeby auto wykonywało dużą część pracy myślowej niezbędnej do prowadzenia samochodu; całkiem możliwe, że samochody marki Mercedes osiągnęły już taki poziom zaawansowania technicznego, że jedynie kierowca będący dzieckiem arcymistrza szachowego i złotej medalistki olimpijskiej w biegu przez płotki, posiadający dwa doktoraty i osiem publikacji w fachowych periodykach, po wieloletnim treningu jest w stanie kierować samochodem tej marki bez asysty elektronicznych urządzeń. Ażeby nie ograniczać zbytnio grupy klientów, Mercedes zmuszony był zastosować rozmaite ułatwienia, takie jak system rozpoznający padanie deszczu albo czujnik który mówi, że z przodu przez nami jedzie inny samochód. Wygląda na to że podobne problemy są znacznie powyżej możliwości przeciętnego kierowcy samochodu marki Mercedes.

Nie chcąc poprzestać jedynie na prostackim nabijaniu się, zastanowiłem się nad dalszymi ulepszeniami samochodów Mercedes i wpadłem na kilka pomysłów, które jeszcze bardziej ułatwią życie kierowcom:

  • Ekspres do kawy wmontowany w deskę rozdzielczą – dla inżynierów nie będzie to żaden problem, a o ile milej będzie pić kawę automatycznie przygotowaną i podaną przez własny samochód, niż wychodzić na nierzadko paskudną pogodę i szwendać się po podejrzanych kawiarniach, w których można spotkać imigrantów z Europy Wschodniej a nie daj Boże z Turcji.
  • Automatyczny dożylny dozownik substancji pobudzających – dla kierowców którzy nie lubią kawy, dozownik można by napełniać innymi środkami farmaceutycznymi, a w przypadkach szczególnych (długa podróż autostradą) odpowiednio przygotowanym przez dział medyczny firmy Mercedes roztworem amfetaminy.
  • System podający kierowcy informacje w rodzaju “właśnie jedziesz samochodem” lub “znajdujesz się w samochodzie, który jest w ruchu” na wypadek, gdyby fakt ten umknął uwadze znużonego monotonią jazdy kierowcy.
  • Urządzenie elektroniczne wykrywające dościgający nas z tyłu samochód i automatycznie zjeżdżające na prawy pas, aby umożliwić szybszemu kierowcy wyprzedzenie. Jednak w przypadku, gdyby urządzenie wykryło, że doganiający samochód zbliża się zbyt blisko, a przy tym miga światłami i trąbi, będzie ono natychmiast zawiadamiało najbliższy posterunek Autobahnpolizei i przesyłało krótki filmik dokumentujący wykroczenie.
  • Moduł elektroniczny zapobiegający rozkładowi mózgu kierowcy poprzez prowadzenie z nim konwersacji. Mogłoby się wydawać, że stworzenie takiego systemu będzie kosztować wiele milionów euro i konieczne będzie zastosowanie najnowszych osiągnięć w dziedzinie sztucznej inteligencji; tak by było, gdyby inżynierowie Mercedesa chcieli pokusić się o stworzenie systemu prowadzącego konwersacje na wysokim poziomie społeczno-polityczno-kulturalnym, poruszającego ważkie tematy i dysponującego ogromnym zasobem wiedzy i swadą w dyskusji. Wydaje mi się jednak że wystarczy wgrać do komputera zawartość kilku roczników Playboya albo Cosmopolitan, aby każdy kierowca samochodu marki Mercedes czuł się usatysfakcjonowany poziomem dyskusji.
  • Można również pomyśleć o wyposażeniu auta w odpowiednie akcesoria do, powiedzmy, masażu relaksacyjnego, tak aby kierowca nie musiał korzystać z usług przygodnie napotkanych pań lub panów, którzy mogą być nieczyści, brzydko pachnieć lub po prostu nie znać się wystarczająco dobrze na swojej profesji. Firma Mercedes na pewno dysponuje funduszami rozwojowo-badawczymi wystarczającymi na skonstruowanie urządzenia dostarczającego relaksu najwyższej jakości, dostosowanego do wszystkich rodzajów preferencji użytkownika, a przy tym samoczyszczącego się, podgrzewanego i dyskretnie ukrytego w fotelu, uruchamianego ręcznie bądź automatycznie w przypadku wykrycia przez odpowiedni czujnik takiej konieczności.
  • Na wypadek gdyby skuteczność jednego z powyższych urządzeń okazała się niewystarczająca, lub też (w przypadku ostatniego) zbyt intensywna, w fotel kierowcy wbudowana zostanie automatyczna strzykawka ze starannie dobranym zestawem lekarstw. Zawierać ona będzie m.in. silny środek pobudzający, najnowszy produkt koncernu IG Farben, który wstrzyknięty domięśniowo będzie kilkukrotnie przyspieszał czas reakcji, wyostrzał zmysły, podnosił ciśnienie krwi, zwiększał potencjał elektryczny w mózgu i zamieniał w ten sposób kierowcę w niepowstrzymaną maszynę do kierowania, a wszystko to w celu uratowania samochodu marki Mercedes przed zniszczeniem w wyniku wypadku. Istnieje oczywiście ryzyko, że organizm kierowcy nie przetrzyma działania tegoż lekarstwa, lecz będzie to wyraźnie drobnym drukiem wypisane na przedostatniej stronie instrukcji obsługi, pod listą adresów myjni samochodowych w Albanii.

Znając życie, konstruktorzy samochodów wymyślą znacznie bardziej zaawansowane i lepiej umilające życie systemy niż moje skromne propozycje, jednak gdyby któraś z firm zapragnęła skorzystać z danego pomysłu, to niniejszym przekazuję jej go nieodpłatnie, jako mój wkład w zwiększenie bezpieczeństwa na drogach i ogólne podniesienie jakości produktów przemysłu samochodowego.

O broni nuklearnej

Szwendając się po internecie w poszukiwaniu wiedzy na temat reaktorów jądrowych – nie żebym miał od razu taki budować, czy coś, chciałem się jedynie zorientować w obecnym stanie techniki atomowej, a to w kontekście zamiarów budowania elektrowni jądrowych w naszym pięknym kraju – natrafiłem na coś znacznie ciekawszego, a mianowicie przypadki incydentów z bronią nuklearną. Nie było ich znowu tak wiele, jeżeli chodzi o armię amerykańską to raptem 6 poważnych, z czego ostatni w 1968 roku (oczywiście mówimy o przypadkach ujawnionych, bo znając armię amerykańską, czy też w ogóle armię jako taką, nie jest ona zbyt skłonna ujawniać cokolwiek).

W większości przypadków były to wypadki samolotów przenoszących broń z głowicami nuklearnymi (1968 – rozbicie się bombowca B-52 koło Grenlandii, 1966 – kolizja z samolotem-tankowcem i rozbicie się również B-52 nad Morzem Śródziemnym, 1950 – rozbicie się samolotu B-36 w trakcie misji w pobliżu Alaski). Ciekawy przypadek miał miejsce w 1958, kiedy to bombowiec B-47 zderzył się w powietrzu z myśliwcem F-86; pilot myśliwca katapultował się i wylądował na spadochronie, zaś załoga bombowca celowo zrzuciła nieuzbrojoną bombę jądrową, po czym pilotowi udało się posadzić bombowiec na lotnisku. Bomba wpadła do morza i nigdy jej nie odnaleziono.

W tym przypadku nie doszło do radioaktywnego skażenia, inaczej niż w wyniku katastrof z 1966 i 1968, kiedy to albo eksplodowaly konwencjonalne ładunki wybuchowe w bombach, albo rozrzucenie materiału radioaktywnego nastąpiło w wyniku zderzenia samolotu z ziemią.

Bardzo możliwe, że incydentów było więcej, co można wnioskować chociażby po specjalistycznej, a przy tym nie pozbawionej fantazji terminologii, jaka została wprowadzona w USA na określanie wypadków z bronią nuklearną. I tak, ogólny termin określający incydent nuklearny to  Pinnacle, zaś w zależności od stopnia zagrożenia stosuje się następujące kryptonimy:

  • Bent Spear – incydent o niewielkim stopniu zagrożenia, związany ze złamaniem procedur bezpieczeństwa
  • Broken Arrow – zdarzenie o wysokim poziomie zagrożenia, niezwiązane jednak z groźbą wybuchu konfliktu jądrowego; może nim być wypadek samolotu przenoszącego głowice nuklearne, groźba wybuchu terrorystycznego, skażenie radioaktywne
  • Nucflash – zdarzenie związane z groźbą wybuchu wojny jądrowej
  • Empty Quiver - zagubienie lub kradzież broni nuklearnej

Dodatkowo stosowane są jeszcze terminy Emergency Disablement i Emergency Evacuation na określenie działań związanych z unieszkodliwianiem materiałów radioaktywnych i ewakuacją zagrożonej ludności, oraz Faded Giant i Dull Sword – ten pierwszy oznacza incydent nuklearny niezwiązany z bronią jądrową, zaś drugi incydent związany ze środkami do przenoszenia broni jądrowej.

Widać więc, że co jak co, ale terminologię mają Amerykanie dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach, i wygląda na to że procedury bezpieczeństwa też nie są najgorsze, jako że nie zdarzył się od dłuższego czasu żaden poważny incydent; inna sprawa że bomby atomowe nie latają już na pokładach samolotów, tylko siedzą w silosach na czubkach rakiet, ewentualnie pływają głęboko pod wodą. Ostatni wypadek na nuklearnej łodzi podwodnej (nie licząc niesławnego Kurska) miał jednak miejsce w 1986 roku, a było to zatonięcie radzieckiego okrętu K-219 z 34 głowicami nuklearnymi na pokładzie. Odtąd na razie spokój.

Swoją drogą bardzo ciekawym tematem przy analizie wypadków z bronią i reaktorami jądrowymi są niekontrolowane i zwykle wyjątkowo destrukcyjne reakcje chemiczne i fizyczne, które zachodzą w momencie, gdy coś pójdzie nie tak. Zatonięcie K-219 było spowodowane m.in. przez wytworzenie się w przedziale torpedowym ogromnych ilości kwasu azotowego, który powstał w wyniku zmieszania się wody morskiej z paliwem do torped; również podczas większości wypadków w elektrowniach jądrowych znacznie niebezpieczniejsza od materiałów radioaktywnych jest używana do chłodzenia woda, która w zetknięciu z rozgrzanym reaktorem, zmieniając się w parę, zwiększa swoje ciśnienie i zazwyczaj przy okazji rozsadza wszystko dookoła.

Na szczęście, z tego co zdążyłem wyczytać, zanim porzuciłem cywilną atomistykę na rzecz militarnej, produkowane dzisiaj reaktory są całkowicie niegroźne i wyposażone w rozmaite zabezpieczenia, a dodatkowo zaprojektowane tak, aby w razie awarii można je było szybko wyłączyć bez groźby np. niekontrolowanego wzrostu mocy lub zatrucia ksenonowego, cokolwiek by to nie znaczyło. Tym to optymistycznym akcentem kończę dzisiejsze, jak zwykle nudne i straszne rozważania, i proszę o przygotowanie się na następny wykład, który będzie jeszcze straszniejszy.

« Nowsze Posty - Starsze wpisy »