Dziś kilka dalszych refleksji związanych z mieszkaniem w nowym domu i z przeprowadzką poza miasto. Po pierwsze, odkryłem, że mieszkając w dużym domu, w którym jest garaż, parter i poddasze, a także całkiem spory ogród, należy nosić ze sobą zestaw obiektów, który nazwałem roboczo survival kitem, składający się z kluczy do domu i samochodu, telefonu komórkowego oraz małej latarki (jako że nie wszędzie jest już oświetlenie).
Szczególnie ważne jest noszenie przy sobie telefonu, ponieważ, nawet jeśli jest włączony głośny dzwonek, to leży on zazwyczaj w tak odległym miejscu, że nie ma szans dorwać go zanim dzwoniący nie straci cierpliwości. Klucze zaś są o tyle przydatne, że brama garażowa zatrzaskuje się na amen bez klucza, zatem przy pewnej dozie lekkomyślności możliwe jest wyjście z domu bez możliwości powrotu doń w normalny sposób. Nie zdarzyło mi się to jeszcze na szczęście, ale wciąż prześladuje mnie koszmar, w którym nonszalancko zamykam garaż, po czym okazuje się że nie mam przy sobie klucza, drzwi frontowe są zamknięte i nie mam kompletnie pomysłu jak wrócić do środka.
Następny temat to pająki. Jak się łatwo domyślić, w wiejskiej okolicy występują one w znacznie większej ilości i różnorodności gatunkowej, a w dodatku są również jakby lepiej odżywione, co oczywiście przekłada się na ich rozmiary i sprawność w tkaniu pajęczyn. Większość rzadziej użytkowanych i mało dostępnych miejsc, np. przestrzeń za kotłem C.O., wnęka na zawór główny wody, nisza pod schodami itd. przypomina scenografię z filmów o Indianie Jonesie; usuwanie owych wytworów pajęczych odwłoków to istna walka z wiatrakami, gdyż przebiegłe stawonogi odbudowują swoje sieci w ciągu jednej nocy. W dodatku robią się coraz bardziej bezczelne, nie dają się zabić, chowają się za sprzętami, uciekają, do tego stopnia że schodząc do kotłowni czuję się jak hobbit Frodo w jaskini Szeloby.
Nawet dzisiaj, chcąc wyregulować ciśnienie na głównym zaworze, musiałem najpierw stoczyć walkę z ogromnym pajęczakiem, który najpierw przyczaił się na kijku którym omiatałem pajęczyny, a następnie rzucił się na mnie zapewne z morderczymi zamiarami. Gdy odparłem jego atak, uciekł do kotłowni i schował się za kubłem, aby tam zaplanować kolejne natarcie. Jak tylko odsunąłem kubeł, ruszył do ataku, ale na szczęście byłem o włos szybszy i wstrętna bestia zginęła z mojej ręki, a dokładniej nogi.
Na koniec jeszcze jedna mrożąca krew w żyłach przygoda i obiecuję, że na razie koniec z marudzeniem o mieszkaniu na wsi, od następnego odcinka zajmę się czymś innym. Otóż w toku moich eksperymentów z kotłem C.O., których celem jest takie jego ustawienie, żeby nie wygasał w ciągu trzech godzin, uczyniłem rzecz dosyć lekkomyślną, a mianowicie wyłączyłem sterownik i zostawiłem leciutko uchylone drzwiczki od popielnika. Sądziłem, że drewno będzie się po prostu powoli spalało na tzw. ciągu naturalnym. Przypuszczenie okazało się słuszne, z wyjątkiem słowa “powoli” – jakąś godzinę po tym jak zostawiłem piec i poszedłem spać, poderwało mnie z łóżka złowrogie bulgotanie w rurach i grzejnikach. Z niepokojem, nie bacząc na pająki, zbiegłem do kotłowni, gdzie mój niepokój zamienił się w przerażenie, albowiem na termometrze w piecu widniało okrągłe 120 stopni Celsjusza, która to temperatura, jak wiadomo, znacznie przekracza temperaturę wrzenia wody. Stało się jasne, że ziścił się ten sam scenariusz co w Fukushimie, reaktor przekroczył krytyczną, woda się zagotowała i w zasadzie nie wiadomo co czynić. Wygasiłem oczywiście natychmiast piec, ale nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności instalacja nie była jeszcze całkowicie odpowietrzona i nie wszystkie grzejniki odbierały ciepło. W dodatku nie miałem pod ręką żadnej wody morskiej żeby w razie czego schłodzić rdzeń, więc jedyne co mogłem zrobić to ustawić obie pompy na maksymalną moc i z duszą na ramieniu czekać aż temperatura spadnie. W końcu sytuacja się unormowała i nawet obyło się bez żadnych uszkodzeń, a z konsultacji z innymi posiadaczami kotłów C.O. wynikło, że krótkotrwałe zagotowanie się wody nie powinno spowodować większych problemów. Niemniej jednak przez chwilę czułem się dość niepewnie. Aczkolwiek pająki cały czas zachowywały stoicki spokój.
