Nie wiem czy czytaliście książkę Stanisława Lema pod tytułem “Eden” – w skrócie jest to opowieść o sześcioosobowej załodze statku kosmicznego, który rozbija się na niezbadanej planecie. Załoga, złożona z dowódcy zwanego Koordynatorem, oraz Doktora, Fizyka, Chemika, Inżyniera i Cybernetyka, jest zmuszona wyremontować swoją rakietę, korzystając z ograniczonych zasobów i dysponując na początku jedynie podstawowymi narzędziami. Polecam przeczytanie tej książki każdemu, kto chciałby wiedzieć jak czuje się autor bloga półtora tygodnia po przeprowadzce do nowo wybudowanego domu, w którym, delikatnie mówiąc, nie wszystko jeszcze jest.
Nie ma na przykład uszczelek w oknach, i to jest jeden z mniejszych mankamentów, jako że jeszcze trwa lato. Poza tym i tak jeszcze nie opanowałem do końca sztuki takiego palenia w piecu, aby temperatura była ani nie za duża, ani nie za mała, tylko taka w sam raz, a więc przypadkowe uderzenie gorąca jest szybko odprowadzane na zewnątrz.
Na temat pieca i ogrzewania za jego pomocą budynku i wody do kąpieli mógłbym zresztą napisać powieść nie krótszą niż “Wojna i pokój”. Spróbuję jednak w telegraficznym skrócie streścić kroniki mojej wojny z ogrzewaniem: Pierwszego dnia wysiłki w celu uzyskania chociażby ciepłej wody spełzły na niczym – po prostu woda nie chciała płynąć przez rury i za Chiny Ludowe nie można było dojść, dlaczego. Drugiego dnia rewelacja – woda się ogrzewa, choć nic nie grzebałem przy instalacji, czyli jest już nieźle. Dzień był jednak dość chłodny, a wieczór jeszcze chłodniejszy, zatem dobrze by było zasilić gorącą wodą także kaloryfery. Niestety, mimo skierowania zaworem czterodrożnym całego ciśnienia w grzejniki, pozostają one zimne jak stary nieboszczyk. Okazuje się że pan hydraulik, który usuwał ostatnie przecieki w kotłowni, nie tylko spuścił wodę z instalacji, ale i zamknął zawory na górnych rozdzielaczach, tak że całe piętro jest suche jak pieprz. Otwieram zawory i ostrożnie dolewam wody do instalacji, ale nieszczęście już się dokonało i połowa przestrzeni w rurach to prawdopodobnie poduszki powietrzne, skutecznie blokujące obieg czynnika grzewczego. Po następnych trzech dniach odpowietrzania, dławienia, rekonfigurowania zaworów, odkręcania i przykręcania, sukces – wszystkie grzejniki czynią wreszcie to, do czego zostały zaprojektowane.
Tak że przynajmniej jest ciepło. Nie ma natomiast na przykład dedykowanej kuchni, więc na razie jej funkcję spełnia Niebieski Pokój, nazwany tak od charakterystycznego koloru ścian. Drzwi występują w ilościach śladowych, jak również meble, no może z wyjątkiem krzeseł, których mamy aż nadto. I tak dalej, i tak dalej, gdyby tak wszystkie rzeczy których nie ma i które trzeba zrobić położyć jedna na drugiej, to by była sterta jak stąd do Obłoku Oorta.
Oczywiście nie wszystko jest tak czarne na jakie wygląda, na przykład gdy wstaję rano i wyglądam przez okna, to widzę głównie sosny, sosenki i inne takie. Jest też spory kawałek trawnika, hamak, który można przyczepić do sosen i się na nim położyć w celu nabrania sił przed kolejną bitwą z systemem C.O., sypialnia wielkości całego naszego poprzedniego mieszkania i zero problemów z zaparkowaniem samochodu dwa metry od drzwi wejściowych.
Zamieściłbym jakieś fotki, ale ponieważ nie ma także internetu, i muszę korzystać z pakietu w telefonie, o przesyłaniu obrazków należy na razie zapomnieć. Mam nadzieję że przynajmniej ten wpis uda się opublikować.

Prawie jak Apollo 13…