Niestety muszę częściowo przyznać rację ministrowi Sikorskiemu w sprawie Powstania Warszawskiego. Oczywiście, był to uświęcony wieloletnią tradycją zryw niepodległościowy, szlachetna inicjatywa patriotycznej młodzieży i wyczekiwany przez mieszkańców miasta powiew wolności od nazistowskiego okupanta… ale nie zapominajmy że decyzja o powstaniu została podjęta bez wiedzy i zgody ówczesnego Naczelnego Wodza Kazimierza Sosnkowskiego, natomiast w zgodzie z gorącymi apelami Radia Moskwa. Sprawy nie mogły się potoczyć lepiej – cała warszawska inteligencja, ludzie którym mogło kiedykolwiek zależeć na niepodległej Polsce, którzy mieszkali w tym mieście od pokoleń, poszli pod Sturmgewehry Rainera Stahela i bagnety Oskara Dirlewangera.
Stalin zapewne był zachwycony, widząc jak sprawnie nikną ostatnie przeszkody na drodze do włączenia kraju nad Wisłą do swojego imperium – rozkazał nawet zatrzymać swoje wojska o kilka kilometrów od płonącego miasta, aby sobie odpoczęły i nie przeszkadzały Niemcom w robocie. Nie będzie chyba nadużyciem, jeżeli powiem, że postąpił zgodnie ze starą chińską zasadą, zalecającą usadowienie się na brzegu rzeki i czekanie, aż przepłynie nią ciało twojego wroga. Po dwóch miesiącach ich liczba wynosiła 200 tysięcy, co, jak sądzę, przeszłoby najśmielsze oczekiwania starego chińskiego mędrca, który wymyślił tę zasadę. A to wszystko dlatego, że kilku trigger-happy młodzieńców dało się podpuścić historyjkami w stylu “postrzelamy sobie trochę do Szkopów, a za trzy dni przyjdą Rosjanie i nas wyzwolą”. Chłopcy. Po pierwsze, Szkopy nigdy nie pozwalają do siebie strzelać bezkarnie, a po drugie, Rosjanie nigdy jeszcze nikogo nie wyzwolili.
Te oczywiste prawdy umknęły jednak dowódcom warszawskiego ruchu oporu. Nie mówię, że gdyby powstanie nie wybuchło, uniknęlibyśmy komunizmu. Nie. Prawdopodobnie byłoby tak samo, może po prostu zamiast Dirlewangera przyjechałby towarzysz Beria i tak czy inaczej zrobiłby porządek z krnąbrnym elementem. Zamiast całej Warszawy trzeba by było odbudować połowę, może trochę mniej. Stare Miasto wyglądałoby trochę inaczej, byłoby więcej zabytkowych kościołów, mniej pomników. Szczegóły nie do sprawdzenia.
Prawdą jest że na całej tej wariackiej imprezie Polska więcej straciła, niż zyskała, naturalnie jeśli nie liczyć martyrologii, bo jak wiadomo, w tym kraju dobra martyrologia jest warta więcej niż, dajmy na to, projekt przejrzystej ustawy podatkowej. Na szczęście obywatele są więcej niż gorliwi w dostarczaniu zwłok do kostnicy narodowej, daleko nie szukając, od początku wakacji 400 osób w wypadkach drogowych. Mój Boże, gdy powstaną już te autostrady i drogi ekspresowe, to chyba trzeba będzie urządzać jakieś łapanki i rozstrzeliwania, żeby wypełnić kwotę i nie stracić prestiżowego pierwszego miejsca w Unii Europejskiej. Może jakieś dotacje do samochodów z napędem na tylne koła, zakaz posiadania kontroli trakcji, może wreszcie posłowie wykonają ukłon w stronę liberałów i zniosą obowiązek zapinania pasów.
My tu nie potrzebujemy żadnego Andreasa Breivika. Sami sobie poradzimy.
