Jak pewnie wszyscy zauważyli, dość dawno nie robiłem wpisów na blogu, częściowo dlatego że nie miałem czasu, a częściowo z powodu takiego, że nie działo się nic godnego wzmiankowania. Wykonałem co prawda kilka podejść do nowego wpisu, ale za każdym razem były one przerywane albo przez żonę, która żądała aby jej coś podać, albo przez córkę, która żądała aby ją przewinąć, lub też przez szefa, który żądał żeby zrobić mu coś równie nie cierpiącego zwłoki ( to w przypadku próby pisania bloga w godzinach pracy). Mało brakowało, aby i ten wpis padł ofiarą nieutulonego dziecka, ale na szczęście wpadłem na genialny w swej prostocie pomysł i włączyłem Malwinie radio; jedyny warunek jest taki, że radio musi być nastrojone na częstotliwość, na której nie nadaje żadna stacja. Dobiegający z głośnika szum znakomicie usypia nawet najbardziej rozwrzeszczane niemowlę.
Chciałem jednak dziś napisać o innej sprawie, która w pewnym sensie odmieniła moje życie, a na pewno odmieniła mój sposób postrzegania świata, i to dosłownie, albowiem dziś po raz pierwszy od 25 lat mogłem wyraźnie widzieć swoje otoczenie bez okularów. Wpadłem bowiem dziś rano na pomysł, aby zacząć nosić soczewki kontaktowe, a ponieważ zdarza się czasem u mnie (choć rzadko), że droga od pomysłu do przemysłu jest bardzo krótka, zaraz po pracy poleciałem do Galerii zorientować się w sytuacji. Na początku skierowałem swe kroki do Vision Express, gdzie lekko oschła pani poinformowała mnie o dosyć dużych kosztach startowych, powiedziałem więc dyplomatycznie że przyjdę jutro i wycofałem się na z góry upatrzone pozycje. Dla porządku zajrzałem jeszcze do Fielmanna, i tu przeżyłem lekką niespodziankę, bo okazało się że dobranie soczewek kosztuje jedyne 31 zeta, a jedną parę i płyn do konserwacji dostaje się za friko. Ryzykując słuszny gniew małżonki za zbyt późny powrót do domu, postanowiłem iść za ciosem. Zostałem zbadany i przemocą założono mi soczewki, po czym kazano chodzić w nich przez pół godziny; prawdopodobnie gdybym po tym czasie wrócił zakrwawiony, z wieszakiem wbitym w brzuch, oznaczałoby to że moja ostrość widzenia w soczewkach nie jest idealna i że nie nadaję się do noszenia tak zaawansowanego wynalazku. Na szczęście nie było tak źle, po 15 minutach przestałem czuć że mam na gałkach ocznych małe kawałki folii, a wrażenie ostrego widzenia bez okularów było, co tu gadać, rewelacyjne. Później był jeszcze krótki kurs zdejmowania i zakładania soczewek, jeżeli ktoś wie jak to wygląda, to pewnie zdaje sobie sprawę, przez co przeszedłem, a jeśli ktoś nie wie to lepiej żeby pozostał w tej błogiej nieświadomości. Od razu też nabyłem sobie normalne okulary przeciwsłoneczne, pierwsze od 25 lat (no dobra, może nie pierwsze, ale pierwsze w których cośkolwiek widziałem). Na początek muszą mi wystarczyć, ale nie jest tajemnicą że moim marzeniem są Silhouette Titanium Model 8568 czyli takie jak nosi Horatio Caine z CSI:Miami, niestety kosztują powyżej 250 euro, więc zakup ten na razie będzie musiał zostać odłożony.
No i to by było na tyle jeśli chodzi o znaczące wydarzenia, naprawdę nie wiem kiedy teraz coś napiszę, więc bądźcie cierpliwi niczym mnisi tybetańscy. Do zobaczenia.
Tu byłem.