Mój Boże, przeżyłem przed momentem chwile grozy, albowiem z na pierwszy rzut oka niewiadomych przyczyn coś się pokiełbasiło z klawiaturą mojego notebooka i niektóre klawisze utraciły swoje normalne funkcje, a zyskały zupełnie nowe. Na przykład naciśnięcie klawisza “m” powodowało wydrukowanie cyfry zero, i byłem już prawie przekonany, że będę musiał napisać kolejny wpis nie używając liter z prawej strony klawiatury, co mogłoby być nieco kłopotliwe. Bez litery “m” jakoś by osoba autora sobie poradziła z tą operacją, ale choroba dotknęła również inne klawisze, więc wyglądało to znacznie gorzej. Na szczęście swym przenikliwym wzrokiem dostrzegłem małe granatowe literki nadrukowane na problematycznych klawiszach, i w mgnieniu oka zorientowałem się, że musiałem przypadkowo nacisnąć kombinację klawiszy odpowiadającą za włączenie NumLocka, czyli przestawienie klawiatury na numeryczną. Kamień z serca, bo zacząłem już, z właściwą sobie paranoją, sprawdzać listę procesów, będąc pewnym że znów jakiś złośliwy wirus zagnieździł się na moim małym komputerku.
Zapomniałem napisać o kilku sprawach które nawarstwiły się przez ten cały czas, a które być może będą istotne dla przynajmniej 1% czytelników. Czytam sobie bowiem co jakiś czas starsze artykuły z mojego bloga i stwierdzam z przerażeniem, że zostały poruszone pewne kwestie, które nie doczekały się kontynuacji, pomimo tego, że pojawiły się nowe fakty. Niniejszym wpisem nadrabiam to karygodne zaniedbanie.
Pierwsza sprawa to temat daglezji. Otóż mój teść, który jest dyplomowanym mistrzem stolarstwa, twierdzi, że daglezja ma drewno niezbyt dobrej jakości, gorsze nawet od sosny, a więc nie nadaje się ono do bardziej zaawansowanych zastosowań. Zaletą daglezji jest tylko to, że rośnie ona bardzo szybko, więc jeżeli przedkładamy ilość nad jakość, to daglezja jest dokładnie tym, czego potrzebujemy.
Druga rzecz o której zacząłem pisać i nie skończyłem, to najnowszy Total War, nosi on podtytuł “Empire” i odwzorowuje świat XVIII wieku. Niestety obawy, które żywili niektórzy eksperci od gier komputerowych, ziściły się: gra jest nie tylko przeraźliwie nudna i trudna do ogarnięcia, ale i zawiera mnóstwo błędów programistycznych. Po trzecim z kolei wywaleniu do Windowsa zaprzestałem jej używania. Nawet bitwy morskie, którymi tak chwalili się producenci, są krótko mówiąc do kitu, ponieważ okręty nie mają ani krzty własnej inteligencji i trzeba nimi sterować ręcznie, co przy 10-15 jednostkach staje się po prostu niemożliwe. Typowa bitwa kończy się więc tak, że gracz steruje dwoma-trzema najsilniejszymi swoimi okrętami i stara się za ich pomocą coś zdziałać, natomiast reszta jednostek kręci się bezładnie po akwenie i pada ofiarą wrażych galeonów. Prześliczna grafika ani na jotę nie pomaga w rozgrywce, bo i tak zwykle gra się na najwyższym poziomie oddalenia widoku, na którym nie widać większości szczegółów. Tak więc, przynajmniej w moim przypadku, Empire nie obronił swojej pozycji, a szkoda, bo zapowiadał się naprawdę nieźle.
No i to chyba tyle na dzisiaj, robi się późno, pada deszcz i w ogóle dzień był jakiś gnuśny, więc w sumie dobrze, że się już skończył. Ja też już kończę. Do widzenia.