Nie pisałem wiele w tym tygodniu, bo za bardzo nie miałem o czym, a co gorsza, nadal nie mam, co oznacza że wpis niniejszy będzie wyjątkowo blady i nieciekawy, a także nudny, mało zajmujący i wręcz nużący; jedyna jego pozytywna cecha to taka, że będzie krótki, co może uchroni czytelników przez zaśnięciem w trakcie jego czytania lub też przed poważniejszymi schorzeniami, jakie mogą być udziałem inteligentnych osób czytających nudny tekst.
Zastanawiałem się czy nie napisać paru słów o znikniętym ostatnio samolocie, bo być może kogoś interesuje, czy naprawdę nowoczesny samolot pasażerski może ot, tak sobie zniknąć bez śladu. Prawdopodobnie do tej pory wszyscy byli absolutnie pewni, że nie może, i jak zwykle przekonanie to okazało się błędne. Pewni możemy być jednego, o czym zresztą już kiedyś pisałem, a mianowicie tego że (jeśli pominąć bombę na pokładzie), musiało być co najmniej kilka zbiegających się w czasie okoliczności, które wywołały ten wypadek. Samo uderzenie pioruna nie jest groźne dla maszyny klasy Airbusa 330, jest on faktycznie napakowany elektroniką ponad wszelką miarę, ale elektronika ta jest bardzo dobrze ekranowana i nawet pojedyncze zwarcie czy usterka obwodu nie mogłaby z całą pewnością skutkować utratą maszyny. Tak samo burzowa pogoda, pomimo tego że trasa lotu wiodła przez obszar ścierania się dwóch potężnych frontów atmosferycznych, nie mogła być bezpośrednią przyczyną katastrofy. Tydzień przed zaginięciem Airbusa lecąca tamtędy maszyna brazylijskich linii TAM wpadła w wyjątkowo silną turbulencję, przez co kilkunastu pasażerów zostało porozrzucanych po kabinie i po lądowaniu musieli zostać zabrani do szpitala, samolot jednak przetrwał bez szwanku.
Jeżeli ktoś zna historię lotnictwa cywilnego, być może nasunęło mu się skojarzenie z eksplozją Boeinga 747 linii TWA w 1996 roku – tam awaria obwodu elektrycznego spowodowała wybuch paliwa w centralnym zbiorniku. Samolot był wtedy na niewielkiej wysokości i spadł do oceanu około 30 sekund po wybuchu; jeżeli przyjmiemy że podobna rzecz przytrafiła się maszynie z lotu Air France, samolot spadałby z wysokości przelotowej około 4 minuty – można więc spekulować, że komputer pokładowy wysyłał swoje automatyczne komunikaty z uszkodzonego, spadającego samolotu… aż do momentu zderzenia z powierzchnią oceanu.
Filozoficzne, nieprawdaż? Maszyna zaprojektowana do pomocy w diagnozie usterek jako jedyna pracowała do samego końca, uparcie meldując o uszkodzeniach, które i tak już były nie do opanowania, wysyłając rozpaczliwe meldunki, które i tak już nie miały żadnego znaczenia… Trochę jak robot Terminus z opowiadania Lema, trochę jak orkiestra na Titanicu… Niebezpodstawnie pokładamy tyle ufności w komputerach. Być może uzależniamy się od nich, ale faktem jest że komputer i jego program nie stracą głowy w najbardziej beznadziejnej z sytuacji i zrobią to czego się od nich oczekuje. Nawet jeżeli w następnej sekundzie przestaną istnieć.
Coś na poważnie dzisiaj było, no ale od czasu do czasu muszę pojechać takim dojrzałym tematem, żeby nie było, że tylko śmichy-chichy i takie tam. Może jutro coś napiszę bardziej luzackiego. Może przytoczę jakąś zabawną anegdotę z czasów, kiedy byłem kapitanem holownika na Morzu Północnym, a może napiszę o jednej z moich wypraw na Saharę; nie wiem jeszcze. Zdecyduję jutro.