Kanały:
Wpisy
Komentarze

Czytałem, książka na swój sposób dobra, ale nie wydaje mi się, żeby przedstawiona w niej wizja miała się ziścić w najbliższej przyszłości. Wręcz przeciwnie, mam wrażenie że jesteśmy bardzo daleko od jakiejkolwiek rewolucji technologicznej, takiej na miarę wynalezienia chociażby maszyny parowej czy odkrycia elektryczności. Zauważ, że w tej chwili znacznie więcej prac jest prowadzonych nad ulepszaniem istniejących rozwiązań, niż nad tworzeniem nowych, przykład – tranzystor, określany największym krokiem naprzód w historii elektroniki, pomimo że upłynęło już ponad 50 lat od jego wynalezienia, cały czas pozostaje podstawowym elementem układów elektronicznych. Mniej więcej tyle samo czasu upłynęło pomiędzy zbudowaniem pierwszej lampy elektronowej, a więc możnaby się spodziewać nowego odkrycia w tej dziedzinie, czegoś co ponownie zrewolucjonizowałoby metodę konstrukcji komputerów, tymczasem – cisza. To samo z silnikiem spalinowym – pomimo że nawet najlepsze konstrukcje osiągają sprawność rzędu 30-35%, co w porównaniu z silnikiem elektrycznym jest po prostu śmieszne, firmy motoryzacyjne ładują miliony w rozwój różnych Common Raili, Multijetów, MultiAirów itp., zamiast powiedzieć sobie szczerze że silnik spalinowy napędzany benzyną powinien już dawno odejść do lamusa i zostać zastąpiony przez silnik zasilany, powiedzmy, wodorem.

Oglądam właśnie na Discovery program o technologiach przyszłości i mówią akurat o jednym z moich ulubionych projektów, a mianowicie o indywidualnych kapsułach komunikacyjnych – coś jak w filmie “Raport Mniejszości”. Jeżeli ktoś nie oglądał, to w skrócie pomysł polega na tym, żeby tramwaje i autobusy zastąpić małymi, jedno- czy maksimum czteroosobowymi pojazdami, które jeździłyby sterowane przez komputer, zatrzymywały się w tym miejscu gdzie tego żąda pasażer i nie miały “pustych przebiegów” co jest nagminną bolączką wszelkich masowych systemów komunikacji. Na razie, z wielkimi oporami, zarząd lotniska Heathrow zgodził się na przeprowadzenie testów – powtarzam, testów – takiego rozwiązania, w nadziei że ułatwi ono komunikację pomiędzy lotniskiem a resztą świata. Jestem więcej niż pewien, że wprowadzenie takiego systemu w skali, powiedzmy, miasta, totalnie odmieniłoby sposób przemieszczania się z miejsca na miejsce. Kapsuły sterowane są przez komputer i poruszają się po bezkolizyjnych torach, co zapewnia brak zatorów; te które poruszają się  po tej samej trasie, mogą tworzyć rodzaj tymczasowych pociągów; ich przejazdy przez skrzyżowania są synchronizowane, więc całkiem możliwe jest przejechanie przez całe miasto bez żadnego postoju na światłach; kapsułę można zamówić sobie przez Internet na określoną godzinę i miejsce, i tak dalej i tak dalej. Oczywiście oznaczałoby to koniec z samochodami, drogami i ulicami takimi jakie znamy obecnie, i dlatego ten system nigdy nie zostanie nigdzie wprowadzony na dużą skalę i pozostanie tylko ciekawostką i dekoracją dla filmów SF.

O rozwoju technologicznym

Ogarnęło mnie ostatnio jakieś takie uczucie w rodzaju nostalgii, choć nie jest to całkiem dobre określenie, gdyż nostalgia zakłada istnienie tęsknoty za tym, co przeminęło, a w tym przypadku nie była to tęsknota, a jedynie szereg wspomnień związanych z minionymi epokami. Zaczęło się od tego, że próbowałem bez instrukcji uruchomić odtwarzacz Zen Stone i pomimo, że posiada on tylko 6 przycisków, to nie udało mi się wydobyć z niego dźwięku aż do czasu przeczytania w instrukcji, że należy przytrzymać przycisk “Play” przez kilka sekund. Odtwarzacz ten (co ważne w analizie tego przypadku), dostała moja żona w schedzie po swojej młodszej siostrze, która z okazji rozpoczęcia nauki w liceum kupiła sobie nowego iPoda.

Przypomniały mi się w tym momencie czasy, gdy ja rozpoczynałem naukę w liceum, albowiem też doszedłem wtedy do wniosku że muszę mieć jakiś przenośny sprzęt grający, i sprawiłem sobie magnetofon kasetowy Panasonic, zwany również (niepoprawnie) walkmanem. Model, który nabyłem, był jak na owe czasy dosyć wypasiony, posiadał mianowicie wbudowane radio, głośnik zewnętrzny i możliwość nagrywania w dwóch prędkościach,  a jako nośnik dźwięku służyły w nim kasety z taśmą magnetyczną – wynalazek, który pamiętają już tylko najstarsi Indianie. Niemniej jednak Panasonic dobrze mi służył przez kilka następnych lat, pozwalając odciąć się od monotonii lekcji języka polskiego lub też zapewniając rozrywkę na licznych wycieczkach szkolnych i innych wyjazdach.

Oddałem go później mojej siostrze, która nagrywała nań wywiady z twórcami ludowymi na badaniach terenowych i najpierw urwała zaczep zamykający, później zgubiła akumulatorki, a na koniec (możliwe że bez jej winy) uszkodził się mechanizm odpowiedzialny za automatyczną zmianę strony kasety. Były to jednak już czasy w których przebojem stał się format MP3, tak więc nawet bez tych uszkodzeń Panasonic umarłby śmiercią technologiczną.

Nie mam zamiaru rozpływać się tutaj w zachwytach nad tempem postępu technicznego, które istotnie jest w ostatnich latach bardzo szybkie, ani też straszyć singularnością technologiczną, czyli punktem, poza którym nowe wynalazki będą powstawać szybciej, niż człowiek będzie je sobie w stanie przyswoić. Chciałbym natomiast wyrazić myśl, która przyszła mi do głowy przy okazji tych wszystkich rozważań, a mianowicie, dlaczego dopiero całkiem niedawno wynaleziono komputer, samochód, płytę CD, laser i te wszystkie inne nowinki.

Jak głosi nauka, człowiek rozumny wyewoluował w Afryce około 200 tys. lat temu. Przyjmuje się, że w czasach paleolitu, czyli przed 50 tys. lat, gatunek ludzki był już w pełni rozwinięty pod względem społecznym, kulturalnym i behawioralnym, posiadał język, produkował narzędzia, grzebał zmarłych i prawdopodobnie posiadł też sztukę wytwarzania napojów alkoholowych, choć poważne źródła pomijają zwykle tę kwestię. W każdym razie, jeżeli za punkt odniesienia przyjąć czasy współczesne, od tamtej pory ludzie mieli 50 tysięcy lat na dalszy rozwój. Czy nie jest zastanawiające, że naprawdę szybkie tempo postępu przypada jedynie na ostatnie, załóżmy optymistycznie, 500 lat? Jestem pewien, że typowy rolnik z XIV wieku nie górował znacznie, jeżeli chodzi o zaplecze techniczne, nad typowym rolnikiem z epoki neolitu, a różniło ich przecież kilka tysięcy lat. Tyle czasu zajęło rolnikom wynalezienie chociażby trójpolówki – ja rozumiem że tradycyjnie chłopi nie należeli do najbystrzejszych członków społeczności, ale skoro pierwszy traktor, skonstruowany w 1902 roku, w ciągu niecałych 100 lat przekształcił sie w wielofunkcyjne, naszpikowane elektroniką, klimatyzowane maszyny, to cała sprawa wygląda nieco podejrzanie.

Zresztą nie tylko w rolnictwie rzecz. Podstawowy wynalazek, który zapoczątkował rozwój motoryzacji, czyli koło, istnieje już od 6 tys. lat. Niestety, przez całe te lata nikt nie wpadł na pomysł, że fajnie by było skonstruować wóz na kołach, który nie potrzebowałby do poruszania konia, wołu ani innego zwierzęcia pociągowego. W tym przypadku trudno mówić nawet o jakiejś barierze technologicznej, jako że pierwszy udokumentowany pomysł wykorzystania pary do poruszania różnych rzeczy datuje się na 140 rok p.n.e – gdyby od tamtej pory odliczyć 100 lat (1771 rok – pierwszy pojazd parowy, 1870 – pierwszy samochód z silnikiem spalinowym), to teoretycznie już cesarz Oktawian August mógłby jeździć po Rzymie czymś w rodzaju samochodu. Tak jednak nie było – pytanie brzmi, dlaczego? Być może nie było zapotrzebowania na tego typu wynalazki, ale czy na pewno? Istniała przecież  potrzeba przemieszczania się, transportu, prowadzenia wymiany handlowej, napędzania okrętów – wynalazek silnika na pewno zostałby przyjęty przychylnie chociażby przez koła wojskowe.

Konkludując – teoria moja jest taka, że z na razie nieznanych przyczyn rozwój technologiczny ludzkości został zahamowany – a przynajmniej mocno opóźniony, w stosunku do możliwości jakie zostały dane człowiekowi do dyspozycji. Dopiero w ciągu ostatnich 200-300 lat  obserwujemy rozwój na naprawdę przyzwoitym poziomie – a stanowi to poniżej jednego procenta czasu, jaki ludzkość miała do dyspozycji. Wygląda na to że zmarnowaliśmy ten czas na bezmyślne poganianie wołów i tłuczenie się pałami i mieczami po głowach. Pozostawiam to Waszej refleksji.

No tak, tak, już dawno powinienem był napisać nową notkę, ale mam dobre usprawiedliwienie, a mianowicie takie że musiałem się zająć dzieckiem. Musiałem się nim zajmować praktycznie za każdym razem, kiedy miałem chwilę wolnego czasu, więc jest oczywiste, że prawdopodobieństwo napisania notki było dążące do zera. Na dodatek nie mam za bardzo o czym pisać, bo, dzięki Bogu, Malwina rozwija się zupełnie prawidłowo i nie cierpi na żadną z okropnych, znanych z innych blogów przypadłości wieku dziecięcego, nie dostarczając mi tym samym tematów do pisania. Zdarzają jej się co prawda jakieś zaburzenia gastryczne, ale jest to tak powszechna sprawa u niemowląt wszelkiej płci i rasy (z wyłączeniem naturalnie kultur pierwotnych), że nie wiem czy warto o tym pisać. W każdym razie czasami trudno z nią wytrzymać, jako że nie daje się w żaden sposób uspokoić, osobiście podejrzewałem u niej zespół ADHD, ale nie wiem czy można go rozpoznać już u dwumiesięcznego niemowlęcia, więc na razie przyjmijmy, że jest zdrowa.

Mam jeszcze kilka tematów które chciałbym poruszyć, na przykład kwestia wojny afgańskiej – bardzo mnie bawi ogólne zdziwienie niektórych polityków i dziennikarzy, że na wojnie coś wybucha, ktoś do kogoś strzela i giną żołnierze – jak wiadomo, wojna wygląda dobrze tylko na papierze i na mapach taktycznych, a w rzeczywistości przypomina burdel ogarnięty pożarem. Dalej chciałbym napisać kilka słów o ważkim zagadnieniu nadawania nazw serwerom, albowiem moja artystyczna dusza sprzeciwia się nazwom typu “TERM_SRV025493″, dlatego też serwery uruchamiane przeze mnie mają zawsze nazwy może mniej określające funkcję, ale milsze dla oka i ucha. Zauważyłem też u niektórych informatyków tendencję nazywania komputerów i programów imionami kobiet; należy się tego wystrzegać jak ognia, ponieważ sugeruje to, że programista nie miał do czynienia z innymi kobietami, jak tylko z tymi, które sam sobie wymyślił pod postacią komputera lub programu. Mógłbym też jeszcze pożalić się trochę na fakt, że w ciągu ostatnich dwóch miesięcy grałem na komputerze w sumie jakieś dwie godziny, i że moja super-kierownica marki Logitech pokrywa się kurzem zapomnienia… Mógłbym też opowiedzieć o moich rozterkach związanych z wyborem materiału budowlanego na dom, na który wreszcie dostaliśmy pozwolenie na budowę, i o perypetiach związanych z wyborem wykonawcy, ale właśnie Malwina skończyła jeść, trzeba ją ponosić w pozycji pionowej, więc o tym wszystkim dowiecie się innym razem.

Dziś na początek kilka porad dla rodziców, ujętych w formę literacką znaną jako “altruitki”:

Szczędząc trudu niemowlęcia
sam na kolki cierp i wzdęcia.

Oszczędzając sił oseska
Obśliń pluszowego pieska.

Oszczędzając trud dzidziusia
Sam w pieluchę mu nasiusiaj.

Dziecko nie ma sił bez liku
Sam więc pełzaj po kocyku.

By oszczędzić płuc malucha
Płaczem często sam wybuchaj.

Dwie ostatnie obarczone są pewnymi błędami gramatycznymi, ale mimo to zdecydowałem się je tu zamieścić:

Oszczędzając trud bobasa
Wrzaskiem mnóstwo czyń hałasa.

Szczędząc pracy swego dziecka
Zjedz i ulej porcję mlecka.

Dobrze. Uprzejmie dziękuję za wiele mówiący komentarz pana D., jestem świadom tego że w przekładzie oznacza on coś w stylu “no fajnie, kawałek przeczytałem, ale w sumie to nudy, idę pooglądać Pudelka albo Lansik.pl”. Nie, nie, spoko, nie gniewam się, jestem całkowicie świadom swoich ograniczeń i tego że mój blog nawet nie umywa się do takich blogów  jak blog Kominka czy choćby nagiegwiazdy.blox.pl.  Z braku czasu niestety nie jestem w stanie dokonywać częstszych wpisów, tak więc poziom bloga mojego pozostanie na razie niezmieniony.

O czymś jeszcze chciałem napisać, bo być może ktoś to też zauważył, a może to tylko moje subiektywne wrażenie. Chodzi o to, że produkowane ostatnio w Hollywood filmy są tak jakby bardziej realistyczne niż dawniej. Wyjaśnię może na przykładzie – w filmie “Terminator Salvation” jest scena, w której helikopter zostaje trafiony rakietą i traci wirnik ogonowy, przez co zaczyna obracać się zgodnie z zasadą akcji i reakcji. Szczegółem, na który zwróciłem uwagę, było krótkie ujęcie z wnętrza kabiny, pokazujące jak pilotujący śmigłowiec John Connor gwałtownie opuszcza w dół dźwignię sterującą wirnikiem (tzw. dźwignia ogólnego skoku i mocy), który to manewr  rzeczywiście jest jedynym prawidłowym działaniem w przypadku utraty w śmigłowcu wirnika ogonowego (pozwala na w miarę łagodne lądowanie z pomocą tzw. autorotacji). Być może to przypadek, a być może hollywoodzcy producenci zapłacili jakiemuś pilotowi za konsultacje i umieścili w filmie ujęcie, które co prawda nie ma znaczenia dla laika, ale komuś obeznanemu nie da powodu do wyśmiewania filmu na stronie “Goofs” w IMDB. W innych filmach również zauważyłem większą dbałość o szczegóły, i mam wrażenie że to właśnie dzięki internetowi i ludziom, którzy z uporem maniaka wyłapują różne błędy filmowców, ci ostatni zaczęli nareszcie zwracać uwagę na tego typu niuanse. Szkoda tylko że “Terminator Salvation”, nawet z tą cenną sceną, jest jednym wielkim kitem nic nie wnoszącym do historii walki ludzi ze Skynetem, i nawet Schwarzenegger w końcowych scenach nie jest prawdziwym Schwarzeneggerem, tylko jakimś komputerowo podrasowanym, napakowanym osobnikiem.

To wszystko w tym odcinku, na następny zapraszam nie wiem kiedy. Mogę napisać tylko tyle:

Oszczędzając trud autora
Sam pisz blog, gdy przyjdzie pora.

Jak pewnie wszyscy zauważyli, dość dawno nie robiłem wpisów na blogu, częściowo dlatego że nie miałem czasu, a częściowo z powodu takiego, że nie działo się nic godnego wzmiankowania. Wykonałem co prawda kilka podejść do nowego wpisu, ale za każdym razem były one przerywane albo przez żonę, która żądała aby jej coś podać, albo przez córkę, która żądała aby ją przewinąć, lub też przez szefa, który żądał żeby zrobić mu coś równie nie cierpiącego zwłoki ( to w przypadku próby pisania bloga w godzinach pracy). Mało brakowało, aby i ten wpis padł ofiarą nieutulonego dziecka, ale na szczęście wpadłem na genialny w swej prostocie pomysł i włączyłem Malwinie radio; jedyny warunek jest taki, że radio musi być nastrojone na częstotliwość, na której nie nadaje żadna stacja. Dobiegający z głośnika szum znakomicie usypia nawet najbardziej rozwrzeszczane niemowlę.

Chciałem jednak dziś napisać o innej sprawie, która w pewnym sensie odmieniła moje życie, a na pewno odmieniła mój sposób postrzegania świata, i to dosłownie, albowiem dziś po raz pierwszy od 25 lat mogłem wyraźnie widzieć swoje otoczenie bez okularów. Wpadłem bowiem dziś rano na pomysł, aby zacząć nosić soczewki kontaktowe, a ponieważ zdarza się czasem u mnie (choć rzadko), że droga od pomysłu do przemysłu jest bardzo krótka, zaraz po pracy poleciałem do Galerii zorientować się w sytuacji. Na początku skierowałem swe kroki do Vision Express, gdzie lekko oschła pani poinformowała mnie o dosyć dużych kosztach startowych, powiedziałem więc dyplomatycznie że przyjdę jutro i wycofałem się na z góry upatrzone pozycje. Dla porządku zajrzałem jeszcze do Fielmanna, i tu przeżyłem lekką niespodziankę, bo okazało się że dobranie soczewek kosztuje jedyne 31 zeta, a jedną parę i płyn do konserwacji dostaje się za friko. Ryzykując słuszny gniew małżonki za zbyt późny powrót do domu, postanowiłem iść za ciosem. Zostałem zbadany i przemocą założono mi soczewki, po czym kazano chodzić w nich przez pół godziny;  prawdopodobnie gdybym po tym czasie wrócił zakrwawiony, z wieszakiem wbitym w brzuch, oznaczałoby to że moja ostrość widzenia w soczewkach nie jest idealna i że nie nadaję się do noszenia tak zaawansowanego wynalazku. Na szczęście nie było tak źle, po 15 minutach przestałem czuć że mam na gałkach ocznych małe kawałki folii, a wrażenie ostrego widzenia bez okularów było, co tu gadać, rewelacyjne. Później był jeszcze krótki kurs zdejmowania i zakładania soczewek, jeżeli ktoś wie jak to wygląda, to pewnie zdaje sobie sprawę, przez co przeszedłem, a jeśli ktoś nie wie to lepiej żeby pozostał w tej błogiej nieświadomości. Od razu też nabyłem sobie normalne okulary przeciwsłoneczne, pierwsze od 25 lat (no dobra, może nie pierwsze, ale pierwsze w których cośkolwiek widziałem).  Na początek muszą mi wystarczyć, ale nie jest tajemnicą że moim marzeniem są Silhouette Titanium Model 8568 czyli takie jak nosi Horatio Caine z CSI:Miami, niestety kosztują powyżej 250 euro, więc zakup ten na razie będzie musiał zostać odłożony.

No i to by było na tyle jeśli chodzi o znaczące wydarzenia, naprawdę nie wiem kiedy teraz coś napiszę, więc bądźcie cierpliwi niczym mnisi tybetańscy. Do zobaczenia.

Jeżeli na liście zakładek w Waszym komputerze obok linków do forum dyskusyjnego posiadaczy aut marki Alfa Romeo i strony z listą odcinków Battlestar Galactica pojawiają się nagle odnośniki do takich stron jak “laktacja.pl” albo “babyonline.pl”, jeżeli po samochodzie walają się Wam ulotki reklamowe artykułów dla niemowląt, jeżeli gotujecie wodę 8 razy dziennie  po to aby wyparzyć butelkę i smoczek – to niechybny znak, że urodziło Wam się dziecko. Mnie właśnie się to przytrafiło, przy czym wystąpiły wszystkie powyżej wymienione symptomy, jak również niezliczona ilość innych, których z braku miejsca nie będę wymieniał.

Jeżeli jednak ktoś chce wiedzieć, na czym polega posiadanie w domu niemowlęcia, to wyobraźcie sobie, że zakupiliście bardzo drogi, bardzo nowoczesny i bardzo skomplikowany w obsłudze sprzęt stereo, przy czym w pudełku nie było żadnej instrukcji, a napisy na przyciskach są w nieznanym lingwistom chińskim dialekcie używanym tylko w jednej wiosce na skraju pustyni Gobi. Jedyne co mnie pociesza to fakt, że większość z nas była kiedyś takimi niemowlętami, więc skoro zarówno my, jak i nasi rodzice, jakoś przeżyliśmy ten okres, to znaczy że nie jest to wszystko takie tragiczne.

Powyższe wyjaśnia również, dlaczego tyle czasu minęło od ostatniego wpisu. Mam nadzieję że po unormowaniu się sytuacji będę w stanie pisać w miarę regularnie, nawet kosztem czasu który mógłbym spędzić na piciu piwa i oglądaniu filmików w Internecie. Na razie jednak musicie się zadowolić tą krótką wzmianką, i czekać cierpliwie na nowe wpisy.

O swetrze i seterze

Pewien seter spod Exeter
Zauważył w sklepie sweter
“Chciałbym kupić ten sweterek”
rzucił, wolny od rozterek
“Co? Sweterek? Dla setera?”
Ekspedientce zbladła cera
“Na co swetr jest ci, seterze?”
Zapytała w dobrej wierze
“Jak to na co?” odparł seter
Pokazując termometer
“Jadę dziś do drive-in theater
więc mieć muszę ciepły sweter!”
“Weź mnie z sobą, mój seterze
Ja o twoje zadbam leże”
“Nie!” stanowczo odrzekł seter
“Dość mam takich jak ty heter
Na Gevurah, Malkuth, Keter
Chcę od ciebie tylko sweter!”
“Ależ z ciebie jest trendsetter!
Dobrze, oto jest twój sweter”
Tak więc nabył sweter seter
A ja to puściłem w eter.

Mój Boże, przeżyłem przed momentem chwile grozy, albowiem z na pierwszy rzut oka niewiadomych przyczyn coś się pokiełbasiło z klawiaturą mojego notebooka i niektóre klawisze utraciły swoje normalne funkcje, a zyskały zupełnie nowe. Na przykład naciśnięcie klawisza “m” powodowało wydrukowanie cyfry zero, i byłem już prawie przekonany, że będę musiał napisać kolejny wpis nie używając liter z prawej strony klawiatury, co mogłoby być nieco kłopotliwe. Bez litery “m” jakoś by osoba autora sobie poradziła z tą operacją, ale choroba dotknęła również inne klawisze, więc wyglądało to znacznie gorzej. Na szczęście swym przenikliwym wzrokiem dostrzegłem małe granatowe literki nadrukowane na problematycznych klawiszach, i w mgnieniu oka zorientowałem się, że musiałem przypadkowo nacisnąć kombinację klawiszy odpowiadającą za włączenie NumLocka, czyli przestawienie klawiatury na numeryczną. Kamień z serca, bo zacząłem już, z właściwą sobie paranoją, sprawdzać listę procesów, będąc pewnym że znów jakiś złośliwy wirus zagnieździł się na moim małym komputerku.

Zapomniałem napisać o kilku sprawach które nawarstwiły się przez ten cały czas, a które być może będą istotne dla przynajmniej 1% czytelników. Czytam sobie bowiem co jakiś czas starsze artykuły z mojego bloga i stwierdzam z przerażeniem, że zostały poruszone pewne kwestie, które nie doczekały się kontynuacji, pomimo tego, że pojawiły się nowe fakty. Niniejszym wpisem nadrabiam to karygodne zaniedbanie.

Pierwsza sprawa to temat daglezji. Otóż mój teść, który jest dyplomowanym mistrzem stolarstwa, twierdzi, że daglezja ma drewno niezbyt dobrej jakości, gorsze nawet od sosny, a więc nie nadaje się ono do bardziej zaawansowanych zastosowań. Zaletą daglezji jest tylko to, że rośnie ona bardzo szybko, więc jeżeli przedkładamy ilość nad jakość, to daglezja jest dokładnie tym, czego potrzebujemy.

Druga rzecz o której zacząłem pisać i nie skończyłem, to najnowszy Total War, nosi on podtytuł “Empire” i odwzorowuje świat XVIII wieku. Niestety obawy, które żywili niektórzy eksperci od gier komputerowych, ziściły się: gra jest nie tylko przeraźliwie nudna i trudna do ogarnięcia, ale i zawiera mnóstwo błędów programistycznych. Po trzecim z kolei wywaleniu do Windowsa zaprzestałem jej używania. Nawet bitwy morskie, którymi tak chwalili się producenci, są krótko mówiąc do kitu, ponieważ okręty nie mają ani krzty własnej inteligencji i trzeba nimi sterować ręcznie, co przy 10-15 jednostkach staje się po prostu niemożliwe. Typowa bitwa kończy się więc tak, że gracz steruje dwoma-trzema najsilniejszymi swoimi okrętami i stara się za ich pomocą coś zdziałać, natomiast reszta jednostek kręci się bezładnie po akwenie i pada ofiarą wrażych galeonów. Prześliczna grafika ani na jotę nie pomaga w rozgrywce, bo i tak zwykle gra się na najwyższym poziomie oddalenia widoku, na którym nie widać większości szczegółów. Tak więc, przynajmniej w moim przypadku, Empire nie obronił swojej pozycji, a szkoda, bo zapowiadał się naprawdę nieźle.

No i to chyba tyle na dzisiaj, robi się późno, pada deszcz i w ogóle dzień był jakiś gnuśny, więc w sumie dobrze, że się już skończył. Ja też już kończę. Do widzenia.

No dobra, przyznaję, zażartowałem sobie w ostatnim wpisie, oczywiście nigdy nie pełniłem funkcji kapitana holownika, ani też nie byłem na Saharze, aczkolwiek gdyby ktoś chciał, to mogę na poczekaniu zmyślić jakąś zabawną historyjkę. Nie o tym jednak chciałem dziś pisać.

Więc o czym? Tematem na topie, oprócz oczywiście spadniętego Airbusa, są eurowybory, ale jakoś nie chce mi się o tym bazgrać. Nie byłem na eurowyborach i wcale tego nie żałuję, choć miałem krótką chwilę zwątpienia, gdy zobaczyłem na thepiratebay.org plakacik zachęcający do głosowania. Stwierdziłem jednak, że nawet chłopaki z The Pirate Bay nie byliby w stanie wyobrazić sobie, że w pewnym kraju kandydatami na posłów do parlamentu europejskiego są osoby, które po angielsku potrafią powiedzieć tylko “Sorry, I don’t understand”, i to nienagannym akcentem środkowobałuckim. Tak więc czuję się rozgrzeszony. Zresztą i tak frekwencja nie przekroczyła 25%, więc o czym my tu w ogóle mówimy.

Bardziej godny uwagi wydaje się najnowszy produkt firmy Monkeylectric, a mianowicie urządzenie wyświetlające obraz video na kole rowerowym. Składa się ono z szeregu diod LED oraz zmyślnego komputera który odpowiednio nimi steruje; na obracającym się kole diody dają wrażenie ekranu zdolnego do wyświetlania całkiem płynnych animacji. Tutaj można obejrzeć filmik prezentujący ten odlotowy sprzęcior, a na stronie Monkeylectric można nawet go kupić za jedyne $59,99 plus wysyłka. Dla pełnego lansu niestety potrzebne są cztery takie światełka, ponieważ świeci ono tylko z jednej strony, ale wyobraźcie sobie tylko, że jedziecie przez Las Wiączyński, a koła Waszego roweru wyświetlają, dajmy na to, sceny z kreskówki o Strusiu Pędziwietrze albo najnowszy teledysk Lady Gagi. Po prostu lans jakiego Las Wiączyński nie widział! Jak dla mnie $239,96 to doprawdy niewygórowana cena za jak do tej pory nieosiągalny poziom ekstraśności, i gdyby nie to że mam w tej chwili inne wydatki, to nie wahałbym się ani chwili. Niestety, jedynym w tej chwili lansiarskim gadżetem, na jaki mogę sobie pozwolić, jest koszulka Joe Monstera “Jestem hardkorem”. Będzie musiała wystarczyć.

Nie pisałem wiele w tym tygodniu, bo za bardzo nie miałem o czym, a co gorsza, nadal nie mam, co oznacza że wpis niniejszy będzie wyjątkowo blady i nieciekawy, a także nudny, mało zajmujący i wręcz nużący; jedyna jego pozytywna cecha to taka, że będzie krótki, co może uchroni czytelników przez zaśnięciem w trakcie jego czytania lub też przed poważniejszymi schorzeniami, jakie mogą być udziałem inteligentnych osób czytających nudny tekst.

Zastanawiałem się czy nie napisać paru słów o znikniętym ostatnio samolocie, bo być może kogoś interesuje, czy naprawdę nowoczesny samolot pasażerski może ot, tak sobie zniknąć bez śladu. Prawdopodobnie do tej pory wszyscy byli absolutnie pewni, że nie może, i jak zwykle przekonanie to okazało się błędne. Pewni możemy być jednego, o czym zresztą już kiedyś pisałem, a mianowicie tego że (jeśli pominąć bombę na pokładzie), musiało być co najmniej kilka zbiegających się w czasie okoliczności, które wywołały ten wypadek. Samo uderzenie pioruna nie jest groźne dla maszyny klasy Airbusa 330, jest on faktycznie napakowany elektroniką ponad wszelką miarę, ale elektronika ta jest bardzo dobrze ekranowana i nawet pojedyncze zwarcie czy usterka obwodu nie mogłaby z całą pewnością skutkować utratą maszyny. Tak samo burzowa pogoda, pomimo tego że trasa lotu wiodła przez obszar ścierania się dwóch potężnych frontów atmosferycznych, nie mogła być bezpośrednią przyczyną katastrofy. Tydzień przed zaginięciem Airbusa lecąca tamtędy maszyna brazylijskich linii TAM wpadła w wyjątkowo silną turbulencję, przez co kilkunastu pasażerów zostało porozrzucanych po kabinie i po lądowaniu musieli zostać zabrani do szpitala, samolot jednak przetrwał bez szwanku.

Jeżeli ktoś zna historię lotnictwa cywilnego, być może nasunęło mu się skojarzenie z eksplozją Boeinga 747 linii TWA w 1996 roku – tam awaria obwodu elektrycznego spowodowała wybuch paliwa w centralnym zbiorniku. Samolot był wtedy na niewielkiej wysokości i spadł do oceanu około 30 sekund po wybuchu; jeżeli przyjmiemy że podobna rzecz przytrafiła się maszynie z lotu Air France, samolot spadałby z wysokości przelotowej około 4 minuty – można więc spekulować, że komputer pokładowy wysyłał swoje automatyczne komunikaty z uszkodzonego, spadającego samolotu… aż do momentu zderzenia z powierzchnią oceanu.

Filozoficzne, nieprawdaż? Maszyna zaprojektowana do pomocy w diagnozie usterek jako jedyna pracowała do samego końca, uparcie meldując o uszkodzeniach, które i tak już były nie do opanowania, wysyłając rozpaczliwe meldunki, które i tak już nie miały żadnego znaczenia… Trochę jak robot Terminus z opowiadania Lema, trochę jak orkiestra na Titanicu… Niebezpodstawnie pokładamy tyle ufności w komputerach. Być może uzależniamy się od nich, ale faktem jest że komputer i jego program nie stracą głowy w najbardziej beznadziejnej z  sytuacji i zrobią to czego się od nich oczekuje. Nawet jeżeli w następnej sekundzie przestaną istnieć.

Coś na poważnie dzisiaj było, no ale od czasu do czasu muszę pojechać takim dojrzałym tematem, żeby nie było, że tylko śmichy-chichy i takie tam. Może jutro coś napiszę bardziej luzackiego. Może przytoczę jakąś zabawną anegdotę z czasów, kiedy byłem kapitanem holownika na Morzu Północnym, a może napiszę o jednej z moich wypraw na Saharę; nie wiem jeszcze.  Zdecyduję jutro.

Starsze wpisy »